wtorek, 27 stycznia 2015

Smażone ciastka "migdały"


Karnawał bez smażonych w głębokim tłuszczu ciastek (diety w karnawale nie obowiązują!), to nie karnawał. Chociaż raz muszę usmażyć faworki i pączki serowe, a czasem też tradycyjne pączki drożdżowe. W styczniu zawsze mam też ogromną ochotę na podróże po kulinarnych tradycjach karnawałowych innych krajów i wyszperanie nowych przepisów do wypróbowania. Takim sposobem natknęłam się na niemieckie, smażone ciasteczka w kształcie migdałów. Niemcy mają do ich wycinania specjalną foremkę, z której pomocą wycinają kilkanaście "migdałów" jednocześnie, więc przygotowanie ciastek musi zajmować im tylko chwilę. Niestety u nas nigdzie podobnej foremki nie znalazłam, ale na szczęście podobne ciastka łatwo wyciąć (choć trwa to odrobinę dłużej) zwykłą łyżeczką do herbaty, koniecznie z jak najbardziej szpiczastą końcówką. Usmażone w gorącym oleju i obtoczone w cukrze, mielonych migdałach lub cynamonie zamieniają się w bardzo smaczne, kruche łakocie, doskonałe do karnawałowej kawy lub herbaty.


Smażone ciastka "migdały":

325 g mąki,
1 i 1/2 łyżeczki proszku do pieczenia,
100 g cukru,
100 g miękkiego masła
2 jajka,
2 łyżeczki rumu,
szczypta soli,
olej do smażenia,

1/2 szklanki drobnego cukru,
2 łyżki mielonych migdałów

Przesianą mąkę wymieszać z proszkiem do pieczenia i solą. Dodać masło, jajka, cukier i rum. Wszystko wymieszać i zagnieść jednolite ciasto.

Ciasto rozwałkować na oprószonym mąką blacie na grubość ok. 1 cm. Wycinać ciastka łyżeczką lub foremką w kształcie migdała.

Olej rozgrzać w garnku z grubym dnem. Drobny cukier wymieszać z mielonymi migdałami.
Smażyć ciastka na złotobrązowo. Usmażone osączyć na papierowym ręczniku. Jeszcze ciepłe obtoczyć w cukrze migdałowym.



poniedziałek, 19 stycznia 2015

Tajskie opowieści - pływający targ


To miejsce zasługiwało na osobny wpis. Jedno z najbardziej fascynujących i malowniczych miejsc nie tylko w Tajlandii, ale i na całym świecie. Miejsce, które miałam od dawna na swojej osobnej liście podróżniczej i fotograficznej - liście miejsc, które muszę zobaczyć i sfotografować, zanim przyjdzie mi opuścić ten ziemski padół. Zanim tam dotarłam i złapałam za aparat, miałam już w głowie wizję zdjęć, które tam zrobię (serio! :D). A jeśli przyszłoby mi wybierać tylko jedno miejsce, które będę mogła zobaczyć w Tajlandii, bez wahania wybrałabym to - jedyne takie - targ na wodzie.


W czasach, kiedy na terenie Tajlandii więcej było dróg wodnych niż lądowych, życie na wodzie, transport i handel wodny były powszechne. Dzisiaj, jedynym autentycznym pływającym targiem, który działa codziennie i nie jest organizowany "pod turystę" jest targ w Damnoen Saduak, mieście oddalonym około 100 km od Bangkoku. Jak większość targów, zaczyna się o świcie i trwa mniej więcej do południa. Codziennie, miejscowi handlarze wypełniają swoje podłużne łodzie z drzewa tekowego towarem i wyruszają kanałem (khlongiem) ciągnącym się wzdłuż miasta, do miejsca, gdzie odbywa się handel - wprost z łódek. Na targ można dostać się łódką lub wędrując po mieście brzegami kanału (droga wodna jest zdecydowanie ciekawsza!).


Na targu można kupić wszystko - od odzieży, pamiątek, wyrobów rękodzielniczych (przeważnie cudów ze skorupy orzecha kokosowego), kwiatów, po produkty spożywcze. To oczywiście interesowało mnie najbardziej :) Jak oszalała, z obłędem w oczach biegałam po pomoście, próbując uchwycić najbardziej malownicze kadry, przesuwających się przed oczami łódek. Jedna wypełniona po brzegi gigantycznymi owocami mango, ułożonymi w równiutkim rzędzie młodymi kokosami, na przemian z różowymi owocami smoczymi i podłużnymi papajami, kolejna to pływający sklep mięsny, płynący burta w burtę z rybnym, a z jeszcze innej unosił się słodki zapach kokosu, od mini placuszków (pysznych!), smażonych na podręcznej, rozgrzanej płycie przez sympatyczną starszą panią w charakterystycznym, azjatyckim, słomkowym kapeluszu :) Pływające bufety oferują proste dania z woka i przekąski smażone w głębokim tłuszczu (z łódki z bananami można kupić i kiść świeżych owoców i smakowite smażone banany prosto z woka :)) a kiedy potęgujący się z godziny na godzinę upał da się we znaki, pragnienie ugasi orzeźwiające mleczko, prosto z młodego orzecha kokosowego, którego sprawnym ruchem maczety otwiera kolejna sprzedawczyni z łódki obok.


Nikt na targu nie próżnuje - sprzedawcy dbają o swoje wodne stoiska, starannie układając towar, obierając i porcjując owoce, które można kupić w postaci od razu do zjedzenia, składając liście bananowca w zmyślne miseczki, w które pakują gotowe przekąski i w międzyczasie nawoływaniem zachęcając kupujących. Te wszystkie obrazy, zapachy i dźwięki mieszają się, jak w kalejdoskopie, ale ani trochę nie powodują znudzenia. Gdybym miała więcej czasu, najchętniej zostałabym na targu od jego otwarcia, aż do ostatniej minuty, kiedy handlarze zamykają pływające kramy. Pływający targ w Damnoen Saduak, to jak dla mnie obowiązkowy punkt tajskiej wyprawy. Jeżeli tylko będziecie mieli okazję być w tamtej okolicy - nie zastanawiajcie się ani chwili :)




środa, 14 stycznia 2015

Tajskie opowieści - w krainie uśmiechu i smaku


Styczeń nie rozpieszcza nas w tym roku zimowymi atrakcjami, śnieżnym puchem i bajkowymi widoczkami, a zamiast tego straszy listopadową szarugą, dlatego zabieram Was w ładniejszy, wiecznie ciepły i słoneczny zakątek świata :)

Mimo że chciałabym jak najszybciej zapomnieć o ostatnim, bardzo smutnym dla mnie roku, jedną pozytywną iskierkę na pewno zachowam od zapomnienia - w listopadzie udało mi się spełnić jedno z wielkich podróżniczych marzeń - odwiedziłam Tajlandię. Już po podróży do Indonezji kilka lat temu wiedziałam, że południowa Azja to ta część świata, do której będę wracać wielokrotnie. Przyciągają tu jak magnes przyjaźni ludzie o mentalności i wrażliwości tak innej od naszej europejskiej, sztuka, którą podziwiam od dawna, wspaniały klimat (bo ja z tych ciepłolubnych :)) i cudowna, prosta kuchnia.


Plan na Tajlandię miałam w głowie od dawna - Bangkok jako punkt wyjściowy i obowiązkowy i wędrówka na północ kraju - z wciąż jeszcze dziewiczą przyrodą, z dala od głośnego i przeludnionego południa, z mekką artystów i rękodzielników w okolicach Chiang Mai. A po drodze duuużo ulubionego zielonego curry i próbowania innych miejscowych przysmaków, szczególnie tych na wskroś azjatyckich - prosto z ulicznego woka :) Widziałam i doświadczyłam więcej niż mogłam sobie wymarzyć w ciągu krótkiej, bo 16-dniowej wyprawy, co tylko bardziej podkręciło mój apetyt na Azję!


Tajlandia, trafnie nazywana krainą uśmiechu, rzeczywiście wita wszystkich uśmiechem i charakterystycznym, wdzięcznym gestem Wai, który błyskawicznie udziela się i wchodzi w krew tak, że jeszcze po powrocie z rozpędu powitałam w ten sposób kilku lekko skonsternowanych tym widokiem znajomych ;) Szybko przywyknąć można też do widoku tysięcy misternie zdobionych, złoconych świątyń, z czczonymi w nich posągami Buddy, o dobrotliwym wyrazie twarzy, pulsujących w rozgrzanym powietrzu intensywnych kolorów i zapachów ulicy i na pozór chaotycznego i pozbawionego jakichkolwiek zasad ruchu drogowego (co jest najwyraźniej normą w Azji).


Mój kulinarny radar włącza się automatycznie tuż po opuszczeniu lotniska, tropiąc wszelkie możliwe przejawy lokalnej kuchni. W Tajlandii to proste jak bułka z masłem - nie trzeba zaglądać do restauracji, sklepów i targów - jedzenie można znaleźć na każdym rogu ulicy. W ciągu gorącego i parnego dnia serwowane są głównie smażone lub grillowane przekąski i świeżo wyciskane soki lub zmiksowane kawałki owoców z kruszonym lodem. Prawdziwa uczta zaczyna się dopiero po zachodzie słońca, kiedy ulice zamieniają się w olbrzymią jadłodajnię. W wielkich wokach przygotowywane są kolejne porcje słynnego tajskiego dania Pad Thai, czyli smażonego makaronu z warzywami, kurczakiem, kiełkami soi i jajkiem, który samodzielnie doprawić można ostrym sosem z czerwonymi papryczkami, łagodniejszymi w smaku płatkami papryki i ...cukrem; w innych kociołkach bulgocze tajskie curry - żółte, czerwone lub zielone, od którego aromatów kręci się w głowie i po zjedzeniu którego, nieprzygotowanemu na piekielną ostrość Europejczykowi trudno złapać oddech (można poprosić o mniej pikantną, "europejską" wersję dania); a jeszcze inne stoisko poleca ryż smażony na szybko z chrupiącymi warzywami lub/i mięsem i dodatkiem sosu sojowego i rybnego.


Można też zjeść wspaniałe zupy - buliony, najczęściej wołowe, z kawałkami mięsa, rybnymi mini pulpecikami, ryżowym lub celofanowym makaronem, kiełkami soi i mnóstwem aromatycznej natki kolendry. To wszystko miesza się z zapachem pieczonych na zmyślnych, obrotowych rożnach nad otwartym ogniem ryb, panierowanych w grubej soli i kurzęcych szaszłyków satay z grilla, podawanych z gęstym sosem z orzeszków ziemnych. Z ulicznego stoiska można spróbować również tajski przysmak na słodko - kleisty ryż, gotowany lub podawany oddzielnie ze słodkim mleczkiem kokosowym i kawałkami dojrzałego mango. Każdy posiłek kończy się owocami - obowiązkowo kawałkiem arbuza i ananasa, które nie tylko pełnią rolę lekkiego deseru, ale też wpływają zbawiennie na układ pokarmowy i moczowy w zdradliwym, tropikalnym klimacie.

Dla przyzwyczajonego do pedantycznej sterylności człowieka Zachodu, uliczna kuchnia tajska z jej spartańskimi na pierwszy rzut oka warunkami (spiżarnia, kuchnia i zaplecze ze zmywakiem, mieszczące się wokół niewielkiej kuchenki na kółkach) może działać odstraszająco, ale zapewniam, że wszystkie dania przygotowywane na oczach klienta z wyłącznie świeżych produktów, nie ustępują jakością i smakiem tym, oferowanym przez restauracje. Jestem na to żywym dowodem, bo nigdy nie przydarzyły mi się żadne, nawet najmniejsze sensacje żołądkowe po azjatyckim jedzeniu ulicznym.


Chociaż nie było to moje pierwsze zderzenie z kuchnią tajską, dopiero tam zaskoczyło mnie upodobanie Tajów do smaku niedojrzałych owoców (bardzo popularna sałatka z zielonej papai), przyprawianie tych dojrzałych solą i (rozczarowało) nagminne dodawanie pieruńsko słodkich syropów do większości świeżych soków.

Tę część tajskich opowieści kończę oczywiście deserem, który w kuchni tajskiej jest właściwie tylko symbolicznym zakończeniem posiłku i zwykle ogranicza się do świeżych owoców, lub niewielkich słodkości, takich jak kokosowe lody lub galaretki na bazie agar-agaru, smażonych bananów, kokosowych placuszków lub kawałków biszkoptu i ciasta bananowego. Na osłodę po takim mini deserze można posilić się na ulicy chrupiącym wafelkiem z kremem z piany z białek i kawałkami kokosa lub kokosowym ryżem z mango.


poniedziałek, 5 stycznia 2015

Zupa z czerwonej soczewicy z kiełbasą chorizo


Witajcie w nowym roku Kochani! :) Mam nadzieję, że i Wy zostawiliście stary rok bez żalu i weszliście z impetem w nowy 2015, z przekonaniem, że będzie lepszy, weselszy, bardziej kolorowy i smaczniejszy!

Staram się jak mogę, żeby kolorów w mojej kuchni nie brakowało, szczególnie o tej porze roku, czego dowodem jest dzisiejsze danie. Po świąteczno-noworocznym obżarstwie, mój przeładowany i zmęczony żołądek, najlepiej toleruje zupy. Taka treściwa, rozgrzewająca zupa, z dużą ilością warzyw (i kolorów ;)) wystarcza mi za cały obiad. Nie wymagam drugiego dania ani deseru (no, chyba że to jakiś szczególnie kuszący kawałek domowego ciasta ;)) - do odwołania będę żywić się zupami. Tej tutaj charakteru dodaje pikantna, hiszpańska kiełbasa chorizo z dodatkiem papryki, która świetnie pasuje do czerwonej soczewicy. Można zastąpić ją każdą inną pikantną kiełbasą lub pominąć ją zupełnie, jeżeli nie jadacie mięsa. Obie wersje gwarantują, że będziecie przyjemnie i zdrowo najedzeni :)


Zupa z czerwonej soczewicy z kiełbasą chorizo:

1 szklanka czerwonej soczewicy,
1 cebula,
2 ząbki czosnku,
425 g pomidorów sparzonych i obranych ze skórki lub pomidorów z puszki,
1 litr bulionu (warzywnego lub drobiowego),
1/2 łyżeczki papryki mielonej ostrej,
150 g kiełbasy chorizo lub innej pikantnej kiełbasy,
2 łyżki oliwy z oliwek,
sól i pieprz

 Do garnka wlać oliwę, rozgrzać i zeszklić na niej posiekaną cebulę, czosnek. Dodać 100 g kiełbasy i wszystko lekko podsmażyć. Dodać soczewicę, pomidory oraz paprykę mieloną ostrą – dokładnie wymieszać z pozostałymi składnikami i zalać gorącym bulionem.

Gotować na małym ogniu pod przykryciem, aż soczewica będzie miękka. Doprawić do smaku solą i pieprzem. Podawać zupę posypaną pozostałą kiełbasą chorizo.



wtorek, 16 grudnia 2014

Orzechowe "orzeszki" z patelni


Przedświąteczne porządki mają to do siebie, że poza korzyściami oczywistymi, często przyczyniają się do cudownego odnajdywania sprzętów i akcesoriów kuchennych, które zapomniane na co dzień, przepadają czasem na długie lata w najdalszych zakamarkach mieszkania. Radość z natknięcia się na kultową patelnię do orzeszków jest bezcenna! Za każdym razem wywołuje szeroki uśmiech na twarzy i film z przeszłości, mimowolnie odtwarzający się w głowie, pełen wspomnień ze szkolnych imprez, domowych przyjęć urodzinowych i innych odświętnych okazji, kiedy to słodkie orzeszki pojawiały się na stole :)

Nie smażyłam ich całe wieki, ale Wigilia i Boże Narodzenie to taki chwilowy powrót do czasów dzieciństwa i rustykalne same w sobie i w sposobie przygotowania orzeszki z patelni pasują do świąt jak ulał. Do ciasta na orzeszkowe skorupki dodałam cynamon, a do wypełnienia środków utarłam krem orzechowy z dodatkiem rumu, żeby pasowały do świątecznych smaków. Ciasteczka można oczywiście wypełnić innym nadzieniem, np. budyniowym lub czekoladowym, ale to orzechowe "orzeszki" (mimo, że brzmi to jak masło maślane ;)) moim zdaniem najbardziej pasują do gwiazdkowego klimatu i pachną świętami. I pamiętajcie - nie wyrzucajcie nigdy kuchennych reliktów przeszłości, bo po latach świetności, nie wiadomo kiedy, zawsze mogą wrócić do łask :)


Orzechowe "orzeszki" z patelni:

ciasto na skorupki -
200 g masła,
3 szklanki mąki,
1/2 łyżeczki sody oczyszczonej,
1/2 szklanki cukru pudru,
2 jajka,
1 łyżeczka cynamonu

krem orzechowy -
150 g masła,
100 g mielonych orzechów,
100 g cukru pudru,
2/3 szklanki mleka,
1 łyżeczka rumu

Wszystkie składniki na ciasto posiekać i zagnieść na gładką masę.

Patelnię do orzeszków dobrze rozgrzać na gazie. Kawałki ciasta smażyć z obu stron na złoty kolor.
Skorupki można usmażyć wcześniej i przechowywać kilka dni w suchym miejscu bez nadzienia.

Przygotować krem orzechowy - mielone orzechy zalać wrzącym mlekiem i odstawić do ostygnięcia (orzechy powinny całkowicie wchłonąć mleko).

Masło utrzeć z cukrem pudrem na jasny puszysty krem. Ciągle ucierając, dodawać po łyżeczce zimnej masy orzechowej. Na koniec dodać rum i wszystko jeszcze raz wymieszać.
Gotowy krem schłodzić w lodówce, aby zastygł.

Skorupki z ciasta nadziewać kremem i sklejać po dwie. Do środka każdego "orzeszka" można dodatkowo wsadzić pojedynczy orzech laskowy lub migdał. Przechowywać w chłodnym miejscu.



wtorek, 9 grudnia 2014

Strucla "gwiazda" z kremem czekoladowym


Bożonarodzeniowy okres, to najlepsza pora na zakręcone strucle :) W ciągu roku piekę zwykle drożdżówki z foremki, bułeczki drożdżowe i małe drożdżówki z owocami i kruszonką. Jesienią moje ciasto drożdżowe nabiera kanarkowego lub szafranowego koloru za sprawą dodatku musu z dyni, a zima to czas na nadziane samym dobrem strucle :) Święta na pewno nie mogą odbyć się bez zakręconych drożdżowych lub krucho-drożdżowych makowców, z lukrem lub bez - w zależności od upodobań poszczególnych członków rodziny (za jednym razem piekę przynajmniej trzy makowce). Pokazywałam Wam też drożdżową plecionkę z makowo-śliwkowym nadzieniem bez zawijania i pozwijaną jak kolejka górska struclę orzechową, dla tych, którzy za makiem nie przepadają lub lubią różnorodność na świątecznym stole. Dzisiaj dorzucam struclę z Nutellą/kremem czekoladowym/kremem orzechowym, którą prawdopodobnie spotkaliście już w internecie, ale jest tak urocza i efektowna, że nie mogłam odmówić sobie dodania jej i do moich świątecznych propozycji. Jej urok polega i na tym, że mimo skomplikowanej na pierwszy rzut oka formy, wystarczy zaledwie kilka nacięć i ruchów rękoma, by zamieniła się w fantazyjną gwiazdę. Gwiazdę na Gwiazdkę :)

Nieszczególnie podobał mi się rodzaj ciasta z oryginalnego przepisu - za mało puszyste o zbyt zwartej konsystencji. Dlatego dodaję do niego więcej żółtek, które najpierw ucieram z cukrem. Taką gwiazdę można też upiec z nadzieniem makowym. Jedna ważna uwaga - nie można przesadzić z ilością nadzienia, bo gwiazda w czasie pieczenia rozpłynie się i straci ładny kształt.


Strucla "gwiazda" z kremem czekoladowym:

450 g mąki,
180 ml (3/4 szklanki) mleka,
4 żółtka (jedno białko zachowujemy do smarowania ciasta, resztę np. mrozimy na pavlową ;)),
1 i 1/2 łyżeczki suszonych drożdży instant,
30 g (ok. 2 łyżki) miękkiego masła,
70 g (1/3 szklanki) cukru,
szczypta soli,
200 g (ok. szklanki) kremu czekoladowego lub Nutelli

Podgrzane mleko wymieszać z drożdżami, łyżeczką cukru i dwiema łyżeczkami mąki. Odstawić na 15 minut w ciepłe miejsce, aby drożdże zaczęły pracować.

Resztę mąki przesiać do miski i wymieszać z solą. Żółta utrzeć z resztą cukru na jasny krem.

Zrobić zagłębienie w mące i w środek wlać mleko z drożdżami, dodać utarte żółtka i miękkie masło. Wszystko wymieszać łyżką, po czy dobrze wyrobić ręką, aż ciasto będzie gładkie, jednolite i lśniące.
Uformować kulę, przełożyć do czystej miski, przykryć ściereczką i odstawić w ciepłe miejsce do wyrośnięcia na około 1,5 godziny (ciasto musi podwoić swoją objętość).

Rozgrzać piekarnik do 180 stopni.

Wyrośnięte ciasto jeszcze raz zagnieść przez chwilę i podzielić na 4 równe części.
Pierwszą część rozwałkować cienko na okrąg wielkości foremki, w której będzie pieczona strucla (u mnie forma do tarty z wyjmowanym spodem o średnicy 28 cm). Ciasto przełożyć na arkusz papieru do pieczenia i rozsmarować na nim 1/3 kremu czekoladowego. Podobnie rozwałkować kolejną część ciasta, przykryć nią spód z kremem i ponownie rozsmarować 1/3 kremu. W taki sam sposób rozwałkować i ułożyć dwie pozostałe porcje ciasta.
Odciąć dookoła niepotrzebne części ciasta, które wychodzą poza spód formy. Używając małej szklanki lub kubka zaznaczyć okręgiem środek ciasta. Ostrym nożem naciąć ciasto na 16 równych części, zostawiając zaznaczony wcześniej środek. Biorąc w obie ręce po dwie, leżące obok siebie części ciasta, skręcić je dwukrotnie w przeciwne strony, układając końce obok siebie. Tak samo ułożyć pozostałe, nacięte części. W ten sposób powstanie gwiazda :) Końce ciasta delikatnie zawinąć pod spód.
Posmarować wierzch pozostałym białkiem.

Piec około 15-20 minut (najpierw sam spód, a po 10 minutach również wierzch), aż ciasto zrobi się rumiane.

Instrukcję składania gwiazdy krok po kroku z filmem znajdziecie na stronie Handimania



  © Blogger template 'Morning Drink' by Ourblogtemplates.com 2008

Back to TOP